Moja miłość do Photoshopa sięga kilkunastu lat wstecz kiedy z wypiekami na twarzy, językiem na brodzie i książką Scotta Kelby’ego na kolanach stawiałam pierwsze kroki w „dżungli” tego rozbudowanego oprogramowania. I choć wiele godzin prób i błędów dzieli mnie od tamtych chwil, wciąż są pewne funkcjonalności, do których dotąd nie dotarłam i nie doceniłam. I za to właśnie kocham PS: cały czas jest w nim coś do odkrycia 🙂
Oczywiście z entuzjazmem podchodziłam do tak widowiskowej sprawy jak retusz portretów. Szalałam z coraz to nowymi technikami obróbki, chłonęłam książki, teksty z internetu, potem filmy na Youtubie testując je następnie z zacięciem na moich zdjęciach. Na szczęście po jakimś czasie przyszło uspokojenie i refleksja, że trzeba wiedzieć kiedy się zatrzymać i pozwolić moim modelom i modelkom być sobą. I tak się jakoś składa, że im więcej umiem, im większe są możliwości Photoshopa i wspomagającej go sztucznej inteligencji, tym mniej ingeruję w moje zdjęcia.
Generalna zasada, której się trzymam to podkreślić piękno fotografowanej osoby i delikatnie zneutralizować niedoskonałości. Poprawiam więc czasem sprzęt (obiektyw) niwelując nienaturalne przerysowanie twarzy, nosa w szczególności. Od światła modele niekiedy mrużą oczy- to też staram się „zreperować”. Skóra to osobny i chyba najtrudniejszy temat. Tu możemy napotkać na kilka problemów- kolorystyka poszczególnych fragmentów i twarzy oraz gładkość cery. Najczęściej operuję wtedy na maskach i miękkich pędzlach wydzielających obszary do edycji oraz (w ostatnich czasach) posiłkuję się AI. Jednak trzymam ją „na smyczy” pracując na warstwach i osłabiając ich krycie czasem nawet do 30%.
Fotografia portretowa jest dla mnie wspaniałą przygodą. Również w sferze edycji materiału z moich sesji. Największą nagrodą za serce, które wkładam w swoją pracę jest zachwyt i niedowierzanie moich klientów: „To ja jestem taka ładna?!” Wtedy wiem, że zrobiłam dobrą robotę 🙂
zdjęcia poniżej ze stocka



